Przyjaźń niebezinteresowna? Spojrzenie osobiste.

Ksiądz Jan Zieja był niewątpliwie przyjacielem Żydów. Twierdzę zarazem, że była to przyjaźń niebezinteresowna. Niepokojące to sformułowanie: sugeruje, że może nie był prawdziwym przyjacielem. Otóż myślę, że był, i choć ta niebezinteresowność zmącała przyjaźń, to jednak jej nie niszczyła. Spróbuję pokazać, jak to było możliwe. A właściwie, jak to w ogóle jest możliwe, bo chociaż ks. Zieja był osobą wyjątkową, to jednak podobna relacja wobec Żydów nie jest całkowitym wyjątkiem.

Zacznę od wspomnienia. Ponad 35 lat temu – nie pamiętam dokładnie kiedy – przyjechał do Warszawy mój kolega z Ameryki, rabin i profesor, o imieniu Hillel. Chciał, by go zaprowadzić do ks. Ziei. Poznał go już wcześniej – niestety nie wiem, w jaki sposób – i najwyraźniej miał niezwykle mocny związek emocjonalny z „Father Jan”, odczuwał bliskość, która kazała mu natychmiast po przyjeździe jechać na spotkanie. Muszę dodać, że podobną relację miał z człowiekiem, który był wówczas charakterystyczną postacią na Nowym Świecie i w okolicach; nosił długi płaszcz, był regularnym gościem w synagodze, malował dziwne obrazki, każdemu przedstawiał się innym imieniem. Hillel nie mógł tym razem spotkać się z księdzem gdzieś na mieście, bo miał dla niego prezent. Dość ciężki prezent. Była to mianowicie maszyna do pisania z czcionkami hebrajskimi. Za poprzedniego pobytu Hillela ksiądz poprosił o nią, czy raczej wyraził pragnienie, by mieć taką maszynę. Zaprowadziłem kolegę na Powiśle i zapukaliśmy do drzwi księdza Ziei. Nie uprzedzaliśmy go, nie znałem jego telefonu, a nawet gdybym miał, to i tak bym nie zadzwonił z powodu groźby inwigilacji. Przecież ówczesne służby były szczególnie zainteresowane kontaktami zagranicznymi obywateli. Gdy ksiądz otworzył, obaj rzucili się sobie w ramiona. Mówili jakieś słowa, ale nie pamiętam jakie i w jakim języku. Chyba po hebrajsku i angielsku. Nie tyle słowami, co ruchami, zachowaniem wyrażali przyjaźń, ukontentowanie, bliskość. Poczułem zażenowanie, bo wydawało mi się, że moja obecność jest niestosowna w tak w pewnym sensie intymnym momencie. Po paru chwilach nastąpiło wręczenie prezentu ku widocznemu zadowoleniu obdarowanego.

W książce Jacka Moskwy „Życie Ewangelią”, z której czerpię prawie całą moją pozostałą wiedzę o stosunku księdza Ziei do Żydów (poniższe cytaty są z niej), wspomniane jest, że używał tej maszyny. I wskazane jest po co. To, co w związku z tym mówi, wprowadza nas w centrum problemu, który tu omawiam. Ksiądz, który wspomina, że mszał hebrajski czyta codziennie, zrobił wypisy ze Starego i Nowego Testamentu przeznaczone „dla Żydów”, by pokazać, „jak się od Starego dochodzi do Nowego przymierza.” Bo nasz bohater chciał nawracać Żydów. Ta myśl pojawiła się u niego pod wpływem kontaktu z ośrodkiem w Laskach, a zwłaszcza z ks. Korniłowiczem. “Było wśród jego konwertytów wielu wspaniałych Żydów” – wspominał ks. Zieja. A w innym momencie dodaje zastanawiającą uwagę: Laski „nauczyły mnie patrzeć na Żyda jako na człowieka.” Odnosi się tu zapewne do swego wiejskiego wychowania, a także do kościelnej edukacji: Żydzi, którzy byli tak liczni wokół nich, byli traktowani „nie jako ludzie”, czyli jako obcy, z którymi nie ma ludzkiego kontaktu, a raczej jako pewna kategoria, masa, typ, może też wróg, a nawet uosobienie diabła. Nie ma na ten temat wyjaśnień w rozmowie z księdzem. Tak czy inaczej należy się cieszyć, że zaczął widzieć ludzi. Jednak jego sposób rozumienia tych słów jest dla mnie zdecydowanie niepokojący. Posłuchajmy: „dzięki Laskom zrozumiałem tę potrzebę nawracania, która jest we mnie po dziś dzień….” Ludzie – to dla niego kandydaci na nawrócenie.

Nie jest to zaskakujące w ustach księdza, a zwłaszcza księdza w okresie międzywojennym, czyli na długo przed Drugim Soborem Watykańskim. Niemniej jednak nie muszę się chyba rozwodzić nad tym, jak obraźliwie brzmią takie słowa dla Żyda, który choćby tylko w pewnym stopniu funkcjonuje w ramach tradycji. W chęci nawracania zawiera się paternalizm – przekonanie „ja wiem lepiej, co dla niego dobre”, założenie, że czyjaś tożsamość jest niewłaściwa, czyli brak szacunku dla człowieka. A przecież ks. Zieja miał zostać dyrektorem instytutu misyjnego dla pracy wśród Żydów, powołanego przez wileńskiego arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego. Nie doszło do tego, bo jego biskup go nie puścił. A nikogo innego nie było. Zresztą sam ten fakt jest ciekawy. Nie było w ówczesnym Kościele osób dostatecznie obznajomionych z tematem, czy po prostu wykształconych, bo chętnych i przekonanych do takiej działalności chyba nie brakowało. Ks. Zieja miał wiedzę, bo w latach trzydziestych przez dwa lata chodził na wykłady na judaistykę. Jaka to była wiedza? Wiemy, że znał hebrajski. Wiemy, że na judaistyce słuchał wykładów Majera Bałabana z historii Żydów. Natomiast – jak sam mówił – na inne wykłady nie chodził. To skłania mnie do zadania zapytania, jak wiele wiedział poza biblistyką i historią. Mówiąc wprost: czy miał bliższe pojęcie o judaizmie?

Może tak, ale nie jestem pewien. Na pewno wiedział dużo o Żydach. Miał jak najbardziej prawo ich – nas – krytykować. Na pewno ma rację, mówiąc, że „w Żydach także jest za mało pokory”. Niewątpliwie istniała i w pewnym stopniu istnieje pośród Żydów pogarda, lekceważenie wobec nie-Żydów. Ks. Zieja wspomniał też o obrzydzeniu, które mieli odczuwać Żydzi wobec innych. Nie wydaje mi się to trafne. Może to wyraz jakichś jego doświadczeń, a może raczej opinii, z okresu dzieciństwa na wsi? Tak czy inaczej, wiedza ks. Zieji o sprawach Żydów była znaczna, lecz przefiltrowana przez jego doświadczenia i przez jego chrześcijaństwo oraz kościelność.

Wiedza to jedno. Czym innym były jego kontakty z najróżniejszymi Żydami. Jego zachowanie bywało wspaniale i imponujące. Gdy odprowadzał emigrującego przyjaciela, tańczył z Żydami na peronie. Był w sutannie. Odczuwam wzruszenie, gdy to sobie wyobrażam. Jeszcze w latach dwudziestych, w Kozienicach, był członkiem komisji pomocy społecznej, w której ofiarnie się udzielał, a biedota tamtejsza – i mieszkańcy tamtejsi – to byli przede wszystkim Żydzi. To, co robił w czasie wojny, na przykład w ramach Żegoty, jest wprost bezprzykładnie ofiarne. Zofia Kossak wspominała, że „ukrywał skazańców z radością, z miłością, jak ukochane rodzeństwo.” Swój pokoik oddawał rodzinom żydowskim. I, jak wiemy, to on poradził młodziutkiemu Władysławowi Bartoszewskiemu, co ma robić, gdy wrócił po pobycie w Auschwitz.

Te czyny sugerują, że mówienie o przyjaźni nie jest nadużyciem. Ale nie tylko o nie chodzi. Jeszcze ważniejsza jest w moim przekonaniu jego postawa. Podkreślałem przed chwilą zagrożenie, jakim jest dla nas, dla naszego przetrwania jako Żydów, prowadzenie misji w celu nawracania Żydów. Jednak chciałbym równie mocno podkreślić sposób, w jaki ks. Zieja rozumiał tę misję. Chodziło mu o świadectwo i służbę. Chciał nawracać Żydów, ale zarazem „marzy[ł] o tym, żeby tak zwani chrześcijanie też nawrócili się na Dobrą Nowinę.” Gdy podjął pracę pośród prawosławnych, czyli na innym newralgicznym odcinku międzyreligijnej rywalizacji, ustalił z Matką Ledóchowską, że nie będzie ich nawracał, tylko im „służył prawdą i miłością”. Tak samo – dodał po latach – „rozmawia” z Żydami i z każdym. Chodzi więc o przywiedzenie każdego do bardzo idealistycznie rozumianego przesłania ewangelicznego, które ma np. oznaczać, żeby nie zabijać nigdy nikogo i że udział w wojnie jest przeciw woli Bożej. (Jest to fascynujące, bo chodzi o człowieka, który był kapelanem oddziałów wojskowych i partyzanckich, ale to jest osobny temat.) Takie podejście nie budzi moich zastrzeżeń, choć wiem, że życie nieraz wymaga dopełnienia tych idei czymś innym. Ale jakkolwiek nauczanie Jezusa mogę uwzględniać jako ważny przykład postawy radykalnej, to przecież nawracanie ma na celu uznanie nie tyle, a w każdym razie nie tylko nauczania, co ponadludzkiego statusu osoby Jezusa. To co innego. To stąd są napięcia.

Postawa, w której chodzi przede wszystkim o świadectwo i służbę jest piękna. Może iść w parze z przyjaźnią, ale łączyła się u ks. Ziei z wyraźnymi oczekiwaniami wobec Żydów. Jak sam mówił, oczekuje, że kiedyś wejdą do Kościoła, będą narodem apostołów. Mogę na to powiedzieć: jego sprawa. I Kościoła. I wzruszyć ramionami. Ale gdy przypominam sobie osobę ks. Ziei, nie mogę wzruszyć ramionami. Co więcej, mogę się zgodzić, gdy słyszę jego słowa: „martwię się, że tylko mała gromadka Żydów pojmuje powołanie swego narodu religijnie – jako ludu Bożego”. I zgadzam się ze słowami „Izrael jest narodem wiary w Boga jedynego, którego trzeba miłować – i bliźniego jak siebie samego.” Zgadzając się, mam jednakowoż wątpliwości. Czy tak samo rozumiemy te słowa, te wezwania? A przede wszystkim: dla mnie, jak i dla znakomitej większości Żydów, droga wiary oznacza wiele rzeczy, ale nie ma wśród nich odniesienia do Chrystusa, ani wchodzenia w obręb Kościoła. Możemy pozostać z pełnym szacunkiem wobec Kościoła i z przyjaźnią w stosunku do chrześcijan, ale pozostając przy naszym, osadzonym w tradycji, rozumieniu znaczenia terminów „lud Boży”, „naród wiary”. Mam ponadto mocne poczucie, że wchodzenie Żydów w obręb Kościoła powoduje problemy, bo nie wiadomo, czy ich wyróżniać, czy nie, a jeśli tak, to jak; stąd powstaje napięcie, które w moim przekonaniu musi prowadzić do wzrostu antysemityzmu. Rozumiem oczywiście, że księdzu chodziło o coś odwrotnego niż antysemityzm, a chęć dzielenia się swoim rozumieniem Ewangelii wynikała z wiary w jej prawdę. Nie przypadkiem jednak – cytując jego słowa – choć „pokochał tę sprawę jako bardzo trudną”, to „z planów wielkiej akcji misyjnej wśród Żydów nic nie wyszło.”

Przypadek ks. Ziei nie jest wyjątkowy. Stosunek wobec Żydów, również wśród ludzi dobrej woli, ba! – przyjaciół, jest nader często niebezinteresowny. Zwracając na takie zjawisko uwagę, nie chcę, by to zabrzmiało jak pretensja. Wynika ono z genezy naszej cywilizacji. Mam wrażenie, że to podejście jest typowe w świecie ukształtowanym przez chrześcijaństwo. Biblijne korzenie są głębokie i oddziałują nawet na bardzo niereligijnych ludzi Zachodu. A Biblia jest o Żydach. W kwestiach religijnych od Żydów się czegoś oczekuje: aprobaty, współpracy, zbieżności ideowej, nieraz też podporządkowania. Jest to szczególnie widoczne jeśli chodzi o innowacje religijne: dla przykładu i Mahomet, i Luter – jak przedtem apostołowie – liczyli na włączenie się Żydów do ich dzieła. Gdy to się nie działo, byli sfrustrowani. Luter gotów był wygłaszać nienawistne antyżydowskie opinie, a właściwie wezwania do pogromów. Szukanie dla swojej religii czy ideologii aprobaty ze strony Żydów jako ogółu nie jest więc czymś wyróżniającym ks. Zieję. Jest chyba nadal tak, że pozyskanie Żydów dla swojej idei religijnej jest na Zachodzie, w świecie ukształtowanym przez Kościoły, czymś bardzo pożądanym. Jest bowiem jakby ostatecznym potwierdzeniem jej słuszności. W sferze tak bardzo niedostępnej zmysłom jak świat tez religijnych, aprobata ze strony Żydów, czyli narodu wybranego, staje się namacalnym potwierdzeniem prawdziwości. Ks. Zieja wpisuje się, moim zdaniem, w tę tradycję. Natomiast wyróżnia go coś innego. Swoją czystą postawą przezwyciężał instrumentalne traktowanie Żydów. Może dlatego mógł spotykać się z wielkim szacunkiem. I być traktowany jak przyjaciel. A nawet jako ktoś więcej niż przyjaciel. Gdy na koniec naszej wizyty mieliśmy się już pożegnać, Hillel poprosił księdza o błogosławieństwo. Zrozumiałem, że właśnie po nie przyszedł. I je otrzymał.

(Nieco rozszerzona wersja wystąpienia na „Bliskim spotkaniu chrześcijan i Żydów”,
„Ksiądz Jan Zieja In memoriam”, organizowanym przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów, POLIN, 18 września 2016)

Relacja audio: