Głos Rady jest głosem ważnym i słyszalnym

Magdalena Czyż: – W tym roku mija dwadzieścia pięć lat od powstania Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Jak wspominasz sam początek i skąd wzięła się ta idea?

Stanisław Krajewski: – Po pierwsze data powstania Rady jest dość problematyczna. Od 1989 roku funkcjonowaliśmy jako sekcja dialogu religijnego w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Izraelskiej. Sformalizowaliśmy Radę jako Radę w 1991 roku. Data powstania Rady jest umowna, bo w zasadzie nie wiedzieliśmy, czy powinniśmy mówić o roku 1989, czy 1991, poszliśmy na kompromis (śmiech) i umówiliśmy się wśród członów Rady na 1990 rok. Sama propozycja stworzenia instytucji dialogu przyszła z Międzynarodowej Rady Chrześcijan i Żydów podczas konferencji w Pradze w 1989 roku, na której byli Szymon Rudnicki i ks. Waldemar Chrostowski. Oni na tę propozycję przystali i gdy wrócili, zaczęliśmy pracować nad zarejestrowaniem Rady i wszelkimi koniecznymi formalnościami. Od początku byli wtedy z nami: Basia Sułek-Kowalska, ks. Michał Czajkowski, Joanna Brańska i kilka innych osób, którym Rada zawdzięcza swoje funkcjonowanie do dzisiaj.

A sam początek dialogu katolicko-żydowskiego w Polsce? Też istnieje jakaś data umowna?

– Nie. W przypadku tej daty jest już dużo łatwiej. Pierwsze spotkanie dialogowe odbyło się w Pieniężnie w 1986 roku. Werbiści zorganizowali sympozjum poświęcone judaizmowi i można to uznać za pierwsze takie spotkania w ramach dialogu katolicko-żydowskiego. Ks. Eugeniusz Śliwka zaprosił m.in. mnie i Konstantego Geberta, moją żonę Monikę i Zbyszka Targielskiego. Przedstawialiśmy judaizm zarówno jako religię, jak i kulturę. Niezmiernie ważnym impulsem była wizyta Jana Pawła II w synagodze rzymskiej. Doprowadziła ona do stworzenia przez Episkopat Komisji do spraw Dialogu z Judaizmem. Należy oczywiście wspomnieć o prehistorii, czyli działalności takich pism katolickich, jak „Tygodnik Powszechny”, „Znak” i „Więź”. Dla mnie istotny był czynny udział (wygłosiłem tam referat) w konferencji Międzynarodowej Rady Chrześcijan i Żydów w 1987 r. w Buckow, w Niemczech, tzn. w ówczesnej NRD. Od tego czasu mam związki z tą organizacją. W 1988 r. była duża konferencja w klasztorze benedyktynów w Tyńcu; ja w niej nie uczestniczyłem, bo byłem wtedy w Ameryce. A potem zaczął się konflikt o krzyże w Oświęcimiu i dopiero wtedy okazało się, jak bardzo dialog katolicko-żydowski jest nam wszystkim potrzebny.

Bo zrozumieliśmy, że jego brak prowadzi do katastrofy w postaci niepotrzebnych religijnych awantur?

– Ta katastrofa wynikała i z niewiedzy, i z uprzedzeń, i ze złej woli.

Uważasz, że gdyby polscy katolicy i polscy Żydzi znali się wtedy lepiej, gdyby dialog był prowadzony na takim poziomie jak dziś, można byłoby tej międzynarodowej awantury uniknąć?

– Myślę, że tak. Choć złą wolę można spotkać po obu stronach, a wtedy wiedza nic nie pomoże.

O co właściwie Twoim zdaniem chodzi w dialogu katolicko-żydowskim na naszym, polskim podwórku? Co jest, bądź powinno być jego celem?

– Chodzi o kultywowanie wzajemnego szacunku i akceptacji, uwzględniając – a nie pomijając! – różnice. Trzeba brać pod uwagę nie tylko kulturę i historię, ale i religijne źródła naszych postaw. Według mnie chodzi o budowanie braterstwa chrześcijan i Żydów, chodzi też o rzetelne odnoszenie się do historii Polski ostatnich kilku pokoleń i jej żydowskich wymiarów, a wreszcie o reprezentowanie tych postaw i celów w naszych własnych wspólnotach religijnych.

Czy dialog chrześcijańsko-żydowski w Polsce różni się poziomem merytorycznym z dialogiem prowadzonym w zachodniej Europie?

– To, co wyróżnia Polskę w tym dialogu, to przede wszystkim historia. Od niej nie uciekniemy. Jednak ma ona dwojakie konsekwencje: pierwsza to fakt, że przez swoją historię Polska jest bardzo ważna. Z drugiej strony, gdy historia zaczyna być bardzo ważna, zanadto ważna, to zatraca się w dialogu wymiar uniwersalny, teologiczny tych relacji, który ma obejmować całe tysiąclecia, a nie tylko ostatni wiek. Uważam, że to źle, kiedy te relacje są sprowadzane jedynie do dramatów XX wieku.

A pod względem teologicznym odstajemy w tym dialogu od Zachodu?

– Jeżeli chodzi o udział żydowski, to jest on jak wiadomo mały. Trudno się dziwić, bo jest nas bardzo mało. Jeśli chodzi o katolicki udział w tej teologii, to też jest niewielki. I tutaj można by się było bardziej dziwić, bo katolickich teologów w Polsce jest przecież wielu. Jednak to chyba bardziej ogólny problem relatywnej słabości polskiej teologii. Nie dotyczy on wyłącznie dialogu.

25 lat to szmat czasu. Rada przeżywała swoje wzloty i upadki. Media nieraz ogłaszały jej rozwiązanie i koniec dialogu katolicko-żydowskiego w Polsce. Jak z dzisiejszej perspektywy oceniasz te kryzysy?

– Każdy z tych kryzysów miał inne przyczyny i na początku wydawał się bardzo trudny i bolesny, ale później okazywało się, że jednak nie taki diabeł straszny. Dziś możemy spokojnie przyznać, że udało nam się je przetrwać i nie stanowiły one dla ciągłości istnienia i funkcjonowania Rady siły niszczącej. Chociaż na początku każdego z nich tak się mogło wydawać.

Pierwszy był związany z odejściem Konstantego Geberta, ważnego od strony żydowskiej członka Zarządu.

– Na początku lat dziewięćdziesiątych dostaliśmy na jakiś program wsparcie finansowe – niewielkie, jak pamiętam – od instytucji, która, jak się wkrótce okazało, udzieliła również wsparcia organizacji Lambda, broniącej praw gejów. Dla niektórych spośród naszych członków pojawił się w związku z tym problem: gdy się okaże, że logo owej organizacji pojawi się w telewizyjnej wzmiance o nas i jednocześnie w audycji o Lambdzie, zostaniemy skojarzeni z homoseksualizmem i – twierdzili – stracimy jako Rada wiarygodność; trzeba zatem zrezygnować z tej dotacji. Niektórzy inni członkowie Rady byli oburzeni na taką argumentację. Obecnie, po 20 latach, wygląda ona dość histerycznie, ale wtedy nie było to oczywiste. Nie zdecydowaliśmy się na frontalne przeciwstawienie bezsensowi takiego skojarzenia i na wydanie oświadczenia, że pośrednie skojarzenie z homoseksualizmem nie ma sensu, a nawet gdyby miało, to co z tego. Naprawdę już nie pamiętam, czy zrezygnowaliśmy z dotacji. W każdym razie to, lub sama unikowość w reakcji na zarzuty, spowodowała odejście Kostka Geberta, który był wtedy członkiem Zarządu, oraz co najmniej dwóch bardzo miłych i zaangażowanych młodych kobiet. Rada zachwiała się, ale ustabilizował się jej kurs, który był może nieco bardziej konserwatywny niż wyobrażali to sobie niektórzy – nieliczni raczej – członkowie.

Kolejny kryzys to spór o karmel i krzyż w Oświęcimiu.

– Odszedł wtedy bardzo ważny dotąd członek Rady, jej ówczesny współprzewodniczący, ks. Waldemar Chrostowski, jeden z zasłużonych założycieli Rady. Powodem było to, że – mówiąc najkrócej – uznaliśmy, iż Rada nie może w takiej sprawie wygłaszać dwu sprzecznych opinii. Ja uważałem, że klasztor należy przenieść nieco dalej, a olbrzymi krzyż, tzw. papieski, nie musi tam być, choćby ze względu na swój rozmiar. Wedle Waldemara krzyż można w Polsce stawiać wszędzie, a zobowiązanie (podjęte przez kard. Macharskiego) przeniesienia klasztoru nie powinno być respektowane. Ponieważ było jasne, że opinia, za którą się opowiadałem, zbieżna zresztą ze stanowiskiem ks. Stanisława Musiała, jest popierana przez znakomitą większość Rady, ks. Chrostowski wycofał się, a z nim chyba dwie związane z nim osoby. To był trudny czas, zwłaszcza że ks. Chrostowski rozpoczął bardzo aktywne propagowanie różnych swoich opinii, które często były odległe od poglądów uznawanych za dialogowe w środowisku Rady. Rada wyłoniła się jednak z kryzysu w dobrym stanie, może nawet wzmocniona.

Utrata wybitnego biblisty jakim jest ks. prof. Michał Czajkowski, też musiała zaboleć.

– Kilka lat temu nagle okazało się, że ks. Michał Czajkowski, współprzewodniczący Rady, był niegdyś uwikłany we współpracę z SB. Był to cios dla wielu z nas osobiście, bo Michał był przyjacielem, osobą bardzo dla nas ważną, o wielkich zasługach dla Rady i dialogu. W moim przekonaniu tych zasług nie można mu odebrać – nie tylko dlatego, że często atakowano go nierzetelnie, ale też dlatego, że nawet uzasadniony dystans do jego ówczesnych zachowań i żal, że nie potrafił o nich opowiedzieć po przełomie 1989 roku, nie pomniejsza jego późniejszych, a nawet ówczesnych, dokonań. Michał wycofał się z publicznej działalności i wydawało się, że wiarygodność Rady ucierpi. Jednak chyba tak się nie stało. Razem z nim odeszły co najmniej dwie związane z nim osoby, które uważały, iż zbyt mocno akcentuje się dystans wobec niego. Było to ciche, niedemonstracyjne odejście, odczuwalne o tyle, że jedna z tych osób była w Zarządzie. Na dłuższą metę poważniejszych konsekwencji – poza utratą Michała i wspomnianych osób – też nie było.

No i ostatni, otrąbiony przez media kryzys związany z konfliktem ks. Lemańskiego z arcybiskupem Hoserem.

– Były wśród nas różne opinie na temat zachowań ks. Wojciecha Lemańskiego. Zresztą są to nieraz opinie mieszane: niektórzy, wysoko oceniając jedne jego zachowania, krytykują inne jako niekonstruktywne lub zbyt ostre. Różnimy się, ale w moim odczuciu zdecydowana większość członków Rady poczuwa się do głębokiej solidarności z Wojtkiem, choć zarazem niemało spośród nas odczuwa lub odczuwało dystans w stosunku do niektórych jego ruchów. Odeszły dwie osoby z zarządu, ks. Wiesław Dawidowski i Basia Sułek-Kowalska. Boleję nad tym, ale jednak w moim przekonaniu nie była adekwatna opinia wyrażona w oświadczeniu kurii warszawsko-praskiej, że„osoba ks. Lemańskiego stała się kolejnym powodem rozłamów, tym razem w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów, z której w związku z tym wystąpiło troje jej członków, włącznie z jej współprzewodniczącym”. Słowo „rozłam” jest za mocne. Ks. Wiesław w liście pożegnalnym podkreślał nieustającą więź z nami, a nie pisał o konflikcie wokół ks. Wojciecha. Oczywiście miał ten konflikt swoje znaczenie, bo – jak przypuszczam – powodował obciążenie rzutujące na inne jego plany, ale to właśnie te plany były – jak nam już dawniej wspominał – ważnym powodem jego wycofania się z działalności w Radzie. Nie wyraził dystansu wobec oświadczenia, które w imieniu Rady podpisałem. Nie ma w nim krytyki kogokolwiek, a zawiera ono wyłącznie pochwałę dokonań ks. Lemańskiego w dziele pielęgnowania pamięci o dawniejszych Żydach i kontaktów z obecnymi Żydami. Jest to po części wynikiem mojego przekonania, że ja jako Żyd, osoba z zewnątrz, nie powinienem wchodzić w jakiekolwiek konflikty wewnątrzkościelne. Jednak również po części rezultatem ogólniejszego przekonania, że różnice między nami są nieuniknione i należy podkreślać nasze dokonania we wspólnej sprawie.

Jak dziś po tych wszystkich kryzysach oceniasz kondycję Rady?

– Pomimo wszystkich kryzysów i związanych z nimi bolesnych rozstań Rada funkcjonuje, i to zaskakująco dobrze. Obecny współprzewodniczący od strony chrześcijańskiej – Bogdan Białek jest bardzo aktywny i organizacyjnie, i koncepcyjnie. Początkowo nie spodziewałem się, że ktoś spoza Warszawy może być tak skutecznym motorem naszych działań i inicjatyw. Należy dodać, że nieprzerwanie blisko współpracujemy z biskupem Cisło i całą Komisją Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, w naszych konferencjach i seminariach biorą udział najbardziej reprezentatywni przedstawiciele Kościołów chrześcijańskich zaangażowanych w dialog z judaizmem. Wszystko to sprawia, że głos Rady jest głosem ważnym i słyszalnym. Przynajmniej dla tych, którzy ten głos chcą usłyszeć.

To na koniec zapytam o przyszłość. Jakie są podstawowe problemy czy wyzwania. przed którymi stoi dziś Rada?

– Na pierwszym miejscu postawiłbym kwestię obecności młodzieży w strukturach Rady. Brakuje nam młodych świeckich i młodych kleryków, brakuje nam też oczywiście młodych Żydów. Chociaż to chyba problem wielu organizacji pozarządowych w Polsce, zwłaszcza gdy zajmują się sprawami tak „nienowoczesnymi”. Na drugim miejscu jest problem rozszerzenia naszej obecności w innych regionach Polski. Centralizacja w Warszawie wcześniej czy później zacznie się niekorzystnie odbijać na całej naszej działalności. Myślę jeszcze o potrzebie bardziej rozwiniętych form instytucjonalnych, bo chociaż formalne umocowania prawne posiadamy, to w gruncie rzeczy działamy ciągle w sposób bardzo nieformalny, na zasadzie przyjacielskich kontaktów. No a zasadniczym wyzwaniem jest to, jak wywrzeć szerszy wpływ na polskie społeczeństwo.