Andrea Riccardi Człowiekiem Pojednania.

Andrea Riccardi, założyciel Wspólnoty św. Idziego, Człowiekiem Pojednania Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.
O Europie bez murów jako dziedzictwie Jana Pawła II mówił w swoim wystąpieniu nasz laureat podczas uroczystości w Pałacu Arcybiskupów w Warszawie

Jest mi niezmiernie miło zabrać głos z tak miłej okazji i jestem bardzo wdzięczny za uznanie wyrażone przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów dla mnie i dla mojej działalności na rzecz dialogu. Jestem też wdzięczny za przyjęcie mnie przez kardynała Kazimierza Nycza, metropolitę warszawskiego, do którego kieruję moje podziękowania.
Gdy przechodziłem przez bramę Domu Arcybiskupów Warszawskich, moja pamięć podążyła do czasów sprzed ponad ćwierćwiecza. Wówczas przybyłem tu, aby uczestniczyć w wielkiej manifestacji międzyreligijnego dialogu w duchu Asyżu, zorganizowanej przez Wspólnotę Sant’Egidio wraz z ówczesnym arcybiskupem metropolitą warszawskim, prymasem Polski, kardynałem Jóżefem Glempem, którego serdecznie wspominam. Było to 1 września 1989 roku, w pięćdziesiątą rocznicę wybuchu II wojny światowej. Świat był jeszcze podzielony na dwa bloki, lecz w Warszawie panował już klimat pełen nadziei nadchodzącej wiosny.
Z tej okazji papież Karol Wojtyła, któremu bardzo zależało, aby spotkanie międzyreligijne w duchu Asyżu odbyło się w Warszawie – w orędziu telewizyjnym pokazanym na warszawskim placu Zamkowym podczas wielkiej uroczystości zamykającej to spotkanie – skierował przesłanie do licznych przywódców wielkich religii, przybyłych tu z całego świata, oraz do tłumnie zgromadzonych tam ludzi. Wydawało się, że zapanowała piękna wiosna i połączyła mieszkańców Warszawy – jeszcze pod reżimowym uciskiem – z osobistościami wszystkich religii, nigdy dotąd tutaj nie spotykanych.
Papież przypomniał wtedy wielkie cierpienia II wojny światowej. Mówił: „Ja sam pamiętam, że  ten plac, na którym jesteście zgromadzeni, był całkowicie zniszczony: jego ruiny przedstawiały, w pewnym sensie, los całego Narodu …”.  Stwierdził jednak: „Ale jest siła potężniejsza od przemocy, siła pokoju i wiary”. Było to jego przesłanie, które chciał skierować także do religii objętych pokusą przemocy.
Tego pamiętnego 1 września 1989 r. Jan Paweł II powiedział: „Pięćdziesiąt lat później na ulicach Warszawy rozbrzmiewa już nie echo ciężkich żołnierskich kroków wojsk okupacyjnych, ale lekkich i przyjacielskich kroków pielgrzymów, mężczyzn i kobiet wyznających różne religie, przybyłych ze wszystkich stron świata, nie mających innej siły, jak siłę wspomnień, która pobudza do refleksji i żarliwej modlitwy o pokój”.
Wówczas, we wrześniu 1989 roku, atmosfera w Warszawie przesiąknięta była lękiem – zarówno ze względu na wspomnienia światowego konfliktu, który spustoszył Polskę ogniem i mieczem, i pozostawił przerażającą pamięć dla wielu pokoleń, jak i ze względu na niepewność sytuacji politycznej Polski i Europy, która wydawała się podążać w kierunku przemiany. Wydawało się jednak, że ten system, oparty na podziale Europy – czego symbolem był mur – ma trwać jeszcze długie lata. Tak przynajmniej uważało wówczas wiele osób.
Wielki polski historyk Bronisław Geremek (miałem okazję spotykać się z nim jako przyjacielem, a ostatni raz spotkałem się z nim w Paryżu na krótko przed jego śmiercią) opowiadał, że w listopadzie 1989 roku, czyli miesiąc lub dwa po modlitwie o pokój w Warszawie, rozmawiał z kanclerzem Niemiec Helmutem Kohlem. Niemiecki przywódcza powiedział mu: „Ani ja, ani Pan nie doczekamy zjednoczonych Niemiec”. Również on myślał, że mur będzie jeszcze długo stał… A rok później, 3 października 1990 roku, Niemcy się połączyły. Nieco później, 9 grudnia 1990 roku, Lech Wałęsa został wybrany prezydentem demokratycznej Polski.
Cały ówczesny system runął. Jan Paweł II był jednym z głównych bohaterów upadku tego muru. Ale w jaki sposób?
Karol Wojtyła był wyzwolicielem. W jego czasach słowo „wyzwolenie” miało magiczne znaczenie nie tylko wśród lewicowych ruchów w Europie lub Ameryce Łacińskiej, ale też w kontekście walki o zlikwidowanie kolonii. Jednak papież nie wierzył, że wyzwolenie nadejdzie ze strony ruchów marksistowskich, których teorię i praktykę w Europie Wschodniej dobrze znał. Pamiętam, że podczas pewnego spotkania, gdy pytał mnie o sytuację polityczną we Włoszech (a byłem wówczas młodym człowiekiem!). zacząłem mu wyjaśniać, że Komunistyczna Partia Wloch jest odmienna od partii komunistycznych w krajach bloku wschodniego. Papież zamilkł, po czym westchnął: „A myślałem, że jest pan inteligentny”…
On proponował drogę w przeciwnym kierunku. Pierwszym zadaniem Kościoła była nie polityka, lecz formowanie ludzi wolnych. Polakom powiedział „Nie bądźcie niewolnikami”. Benedykt XVI, w udzielonym mi wywiadzie na temat swojego poprzednika, stwierdził: „Jan Paweł II nalegał, aby myśleć o teologii wyzwolenia także w sposób pozytywny, wyjaśniwszy negatywne aspekty i niesłuszne pomieszanie pojęć [miał na myśli pomieszanie z ideami marksistowskimi]. Nie wiem, w jakim stopniu udało nam się wyrazić w znaczeniu pozytywnym”.
Czerpiąc ze swej wiary chrześcijańskiej, Jan Paweł II był wyzwolicielem, konstruktorem otwierającym drogi przejścia i burzycielem murów podziału. Lecz wiara chrześcijańska nie wiodła go do wspierania jakiegoś planu politycznego, lecz do prymatu zmiany – powiedzmy: nawrócenia – poczynając od siebie samego. Wielki myśliciel żydowski Martin Buber (któremu zawdzięczamy przekazanie żywej tradycji chasydzkiej) mówi: „Zacząć od siebie samego: to jedyne, co się liczy. To archimedesowy punkt podparcia, który da mi moc poruszenia naszego świata i przemienienia siebie samego”.
Karol Wojtyła był człowiekiem gorącej wiary i nieustannej modlitwy. W tym tkwi głęboka siła napędowa zapoczątkowanych przez niego zmian w historii oraz zakreślonych przez niego wizji . W Liście do Efezjan czytamy: „On bowiem jest naszym pokojem, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość w swym ciele, (…) aby z dwóch stworzyć jeden lud, to znaczy przyjaźń …” (Ef. 2, 14)
Karol Wojtyła rozpoczął burzenie tego muru już jako bardzo młody człowiek, w sposób bardzo osobisty – poprzez przyjaźń. Pierwszym murem do obalenia był mur dzielący Żydów i chrześcijan. Mur tysiącletni, steologizowany, splamiony krwią, pełen pogardy. Zburzenie go wydawało się niemożliwe.
Wojtyła rozpoczął to dzieło już w młodości, pod mądrym kierunkiem swojego ojca, i kontynuował aż do czasów pontyfikatu. Jest to historia przyjaźni w liceum i kontaktów z wadowickimi żydami. Kiedy jego żydowski przyjaciel Jerzy Kluger (również Człowiek Pojednania Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów) został we wrogim geście wskazany przez jakąś kobietę, gdyż wszedł do kościoła – dziesięcioletni wówczas Karol powiedział: „Ale czy ta kobieta nie wie, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga?”
Wobec antysemickich manifestacji profesor z liceum Karola i Jerzego – w klasie, w której było wielu żydowskich uczniów – przypominał, co Adam Mickiewicz napisał w 1848 r.: „Izrael… nasz starszy brat”. Zatem obok ostrych przejawów antysemityzmu w kulturze polskiej, z której czerpał młody Wojtyła, istniał nurt filosemityzmu, którego pulsowanie wyczuwa się w dziełach Mickiewicza. Ten poeta – jak wiedzą Państwo lepiej ode mnie – w latach dojrzałych rozwinął mistyczną wizję współzależności Żydów i Polaków: Izrael był „starszym bratem” narodu polskiego („drugiego narodu wybranego”), a nie intruzem na katolickiej ziemi, którego należy zamknąć w gettach (Polska zresztą nie znała nigdy takich gett, jakie były w większości krajów Europy, chociaż znała antysemityzm: Polska poznała je dopiero za czasów nazistów).
Temat Izraela „starszego brata” został podjęty przez papieża w 1986 roku, kiedy to z okazji wizyty w największej synagodze rzymskich żydów, odbył podróż – choć krótką geograficznie, to długą duchowo, bo pokonującą wieki wrogości, nienawiści, murów, gett i poniżenia. Również tutaj mamy do czynienia ze znakiem przyjaźni: osobistej przyjaźni papieża z rabinem Rzymu, Elio Toaffem – jedyną osobą, którą wspomina z nazwiska w swoim w testamencie, obok kardynała Stanisława, wyjątkowego sekretarza na całe życie. To jakby przypomnienie, że biskup Rzymu musi być przyjacielem rabina swojego miasta.
Przeprowadziwszy się do Krakowa w 1939 roku, Wojtyła zdążył poznać miasto z żywo tętniącym nurtem żydowskim, stanowiącym ok. 25% mieszkańców. Potem, podczas okupacji nazistowskiej, był bliskim świadkiem Szoah, zabijania, zamykania w gettach i zagłady Żydów. W 1976 roku, kardynał Wojtyła wygłaszający kazanie przed Pawłem VI, podkreślał: „obozy koncentracyjne pozostaną na zawsze w pamięci jako rzeczywiste symbole piekła. W nich zostało wyrażone największe zło, jakie człowiek jest zdolny wyrządzić drugiemu człowiekowi”. Jan Paweł II niósł w sobie dramatycznie osobiste znaczenie Zagłady, ponieważ do Żydów i do tego przeraźliwego zdarzenia historii miał stosunek, jakiego nie miał żaden inny papież: był świadkiem. Pewnego razu dziennikarzowi prowadzącemu z nim wywiad i zadającemu pytanie  Szoah: „A więc, Ojcze święty, to ma być dodatkowe sześć milionów świętych?”, odpowiedział bez wahania: “Tak, mamy 6 milionów świętych”…
W czasach powojennych, w Kościele krakowskim prowadzonym przez kard. Sapiehę, który osobiście uczestniczył w uroczystościach upamiętniających powstanie w getcie warszawskim, nie czuło się klimatu antysemityzmu wobec Żydów „niewidocznych”. A w 1969 roku, pomimo oficjalnie manifestowanego przez komunistyczny reżim antysemityzmu, kard. Wojtyła odwiedził synagogę w Krakowie – co nie było zwykłym aktem biskupa tamtej epoki – i został przyjęty przez nielicznych pozostałych członków wspólnoty żydowskiej, dawniej tak żywotnej.
Wojtyła rok po roku obalał zatem najpierw mur pomiędzy Żydami a chrześcijanami istniejący w Polsce; a potem, śladem postanowień II Soboru Watykańskiego, przeniósł tę wrażliwość na tron Piotrowy.
Szczególnie ważne są pod tym względem trzy zdarzenia – rozpoczynając od pielgrzymki do obozu Auschwitz, centralnego miejsca w wizji Wojtyły, gdzie przed tablicą w języku hebrajskim powiedział: „Ten to naród, który otrzymał od Boga przykazanie «Nie zabijaj», w szczególnej mierze doświadczył na sobie zabijania. Wobec tej tablicy nie wolno nikomu przejść obojętnie”. Jan Paweł II pokazał ludowi żydowskiemu, że głęboko podziela wielki ból Zagłady. Następne kroki to jego wizyta w synagodze w Rzymie (gdzie potwierdził istotny związek pomiędzy Kościołem a Izraelem) i pielgrzymka do Izraela.
Pamiętam, że po powrocie z Izraela papież powiedział mi: „Tam coś się wydarzyło!”. Spytałem, czy chodzi o przyjęcie przez chrześcijan, ale odpowiedział: „Nie, przyjęcie przez Żydów, którzy okazali mi wielką serdeczność, naprawdę wielką. Tam coś się wydarzyło!”. A do mnie, pytającego o przyczynę, powiedział, żartując: „Może to była dla Żydów atrakcja goszczenia najwyższego kapłana?”. I powtarzał, mówiąc do siebie, jak czasem mu się zdarzało: „W Ziemi  Świętej coś się wydarzyło”… Dziś wiem, co się wtedy stało: ten mur już nie istniał.
W swej ostatniej książce „Pamięć i tożsamość” papież pisze: „Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. […] A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”. Chcę to mocno podkreślić: tak właśnie widział polskość Karol Wojtyła!
On był tym typem patrioty, który nie eksponuje murów i nacjonalistycznych granic. Poczucie polskiej narodowości u Wojtyły, zakorzenione w chrześcijaństwie, było otwarte na różne składowe czynniki etniczne i religijne. Korzenie katolickie nie prowadziły tu do wyłącznie katolickiego państwa, jak było w przypadku Hiszpanii Franco.
W historii Polski papież idealizował okres panowania Jagiellonów, który uważał za przykładny ze względu na międzynarodowy wymiar, na ten „polski uniwersalizm” – jak mawiał. Przypomnę, że lubił bardzo często cytować powiedzenie króla Zygmunta Augusta: „Nie jestem królem waszych sumień”. W ten sposób podkreślał wartość wolności sumienia i religii, które, jak przypominał, były podstawą nauczania II Soboru Watykańskiego. Kościół Karola Wojtyły nie bał się wolności i pluralizmu, także dlatego, że papież dobrze znał bolesne doświadczenie braku wolności i jednolitej szarości jedynie słusznego systemu.
Innym okresem w historii Polski, który był papieżowi szczególnie bliski, były czasy marszałka Piłsudskiego, które były dla niego symbolem odzyskania przez Polskę niepodległości i polskości opartej nie tylko na kryterium etniczno-narodowym. Janowi Pawłowi II podobały się państwa otwarte na pluralizm etniczny i religijny. Pamiętam, jak po jednej z podróży do Kanady z entuzjazmem opowiadał o tym kraju, pluralistycznym w swych etnicznych i religijnych składowych, ale też otwartym na emigrantów z całego świata.
Spuścizna, jaką pozostawił nam zmarły w 2005 roku papież, to mury obalone wewnątrz narodów i pomiędzy narodami. Katolickie korzenie narodu – jak słusznie myślał – podważane są nie przez obecność ludzi innych chrześcijańskich wyznań czy innych religii, ale przez niewierność samych katolików wobec swej wiary. Jego wizja była wizją religijną, nie etniczno-nacjonalistyczną. I tak nie wyobrażał sobie Polski bez Żydów – on, który był synem wschodnich ziem Europy, Galicji, gdzie od wieków współistnieli ze sobą chrześcijanie i Żydzi, katolicy, grekokatolicy i prawosławni. W 1991 roku papież mówił: „Różnorodność kulturowa, etniczna i językowa należy do porządku ustanowionego w akcie stworzenia i jako taka nie może być zlikwidowana”. Podkreślam: różnorodność należy do porządku stworzenia!
Nie mogę tu opowiedzieć o wszystkich rzeczach, poprzez które Jan Paweł II przyczynił się do upadku muru dzielącego Europę. To historia znana wszystkim i tylko do niej nawiążę. Jan Paweł II wierzył, że mur można zburzyć, ale bez przemocy. Wojtyła został wybrany na papieża w świecie naznaczonym pesymizmem – nic nie miało się zmienić, a mury miały trwać wiecznie, tak powszechnie sądzono. On zaś wyznaczył oryginalną drogę, która nie była oparta ani o przemoc jako narzędzie zmiany sytuacji ucisku i podziału, ani o postawę rezygnacji wobec historii. Nie godził się na pesymizm, nawet kiedy był on nazywany realizmem.
Zmiana poprzez rewolucyjną przemoc stanowiła stały element historii świata, czerpiąc swe początki z rewolucji francuskiej 1789 roku, ale i później wielokrotnie powtarzając się w innych wydarzeniach, jak np. w rewolucji bolszewickiej czy ruchach wyzwolenia Trzeciego Świata. Tylko na drodze rewolucji można było prawdziwie zmienić układ rzeczy. W pewnym sensie jednak rok 1989 Jana Pawła II pogrzebał rok 1789, potwierdzając siłę przemiany, jaką niesie transformacja pokojowa. Po roku 1989 radykalnej zmiany nie utożsamia się już koniecznie z procesem rewolucyjnym.
W ciągu dziesięciu lat pontyfikatu Jan Paweł II sprawił, że na powierzchnię wydostały się głęboko tkwiące we wschodniej części Europy siły duchowe i moralne, odrzucające jednocześnie i przemoc, i rezygnację. To właśnie te siły – zmobilizowane w sposób mądry i odważny, umiejętny i roztropny, ale też śmiały – obaliły mur rozdzielający Europę. Papież doświadczył pokojowej mocy moralnej energii narodów także podczas wychodzenia Filipin spod dyktatury Marcosa czy w przypadku Chile i władzy Pinocheta.
Pod takim naciskiem runął mur między Wschodem a Zachodem. Istniała jednak jeszcze inna granica, mniej sztywna, ale bardzo odporna, na której obalenie Jan Paweł II również bardzo naciskał – granica między Północą a Południem.
Tę granicę wyznaczała gospodarcza przepaść między społeczeństwami ubogimi a zamożnymi, między światami, w których poziom życia i los mieszkańców diametralnie się od siebie różniły. Już Paweł VI naświetlił ten problem pół wieku temu w encyklice Populorum progressio. Jan Paweł II stwierdzał w Sollicitudo rei socialis:  „Obfitości dóbr i dostępnych usług w niektórych częściach świata, przede wszystkim w rozwiniętej Północy, odpowiada na Południu niedopuszczalne zacofanie, a właśnie w tej strefie geopolitycznej żyje większa część rodzaju ludzkiego”.
Dla niego Południe („wielkie rzesze głodujących, żebrzących, bezdomnych, pozbawionych pomocy lekarskiej, a nade wszystko nie mających nadziei na lepszą przyszłość…” – jak ich określał) było jak ubogi Łazarz, leżący u bram pałacu wystawnie ucztującego bogacza. Zastanawiał się, czy Północ chce być podobna do owego człowieka, surowo potępionego w Ewangelii? Biada Północy, która wystawnie ucztuje  w zaciszu własnego domu, schroniona za murami, podczas gdy „południowy” lud Łazarza cierpi głód!
Ta postawa obojętności pobrzmiewała (i nadal pobrzmiewa) również w relacji do emigrantów. Jan Paweł II traktował migrantów z wielką uwagą. W 1988 roku przekształcił watykańską komisję ds. migrantów w dykasterię: Papieską Radę ds. Duszpasterstwa Migrantów i Podróżnych. Podkreślał, że wszyscy emigranci, niezależnie od pochodzenia i religii, zasługują na uwagę chrześcijan. W 1989 roku papież apelował, by imigranci, także niechrześcijanie, znajdowali „u chrześcijan jednoznaczne świadectwo miłości Boga w Chrystusie. Powinni oni doznawać przyjęcia tak serdecznego i bezinteresownego, ażeby pobudziło ich to do refleksji nad religią chrześcijańską i motywami owej wzorowej miłości”.
Ale już w dwudziestym wieku rysowała się jednak tendencja do zamykania granic: „Łódź jest pełna!” – mówiono w Szwajcarii Żydom uciekającym przez nazizmem. Dziś jest podobnie: „musimy ocalić naszą tożsamość przed inwazją innych, tak bardzo od nas różnych” – mówi się z lęku przed uchodźcami. Wielki Jan Paweł II ubolewał nad tym już w 1989 roku, z okazji Światowego Dnia Migranta: „Wiele krajów przejawia skłonność do zamykania granic”. Nie chcę tu cytować zbyt wielu fragmentów jego nauczania, ale trzeba powiedzieć, że dla Jana Pawła II migranci nie stanowili faktu wyłącznie socjologicznego – podkreślał, że w nich spotykamy samego Chrystusa, a Kościół jest w naturalny (przyrodzony) sposób związany ze światem migrantów.
Według Karola Wojtyły, „Dla człowieka wierzącego przyjęcie bliźniego nie jest jedynie gestem filantropii czy zwykłej ludzkiej życzliwości. Jest czymś znacznie więcej, bo w każdym człowieku chrześcijanin potrafi dostrzec Chrystusa, który pragnie, byśmy kochali Go i służyli Mu”. Tego przecież uczy 25. rozdział Ewangelii wg św. Mateusza.
W tym duchu papież wypowiedział się też w 1998 roku: „Kościół jest ze swej natury solidarny ze światem migrantów, gdyż wielość ich języków, ras, kultur i obyczajów przypomina mu o jego własnej kondycji ludu pielgrzymującego ze wszystkich zakątków ziemi ku wiekuistej ojczyźnie. Taka wizja pomaga chrześcijanom odrzucić wszelką mentalność nacjonalistyczną i wyrwać się z ciasnych schematów ideologicznych”. Warto zastanowić się głębiej nad tymi słowami papieża, który pragnął obalenia muru między Północą a Południem świata.
I jeszcze jedna ważna definicja z nauczania Jana Pawła II: „Wyrazem katolickości jest nie tylko braterska wspólnota ochrzczonych, ale także gościnność okazana cudzoziemcowi, niezależnie od wyznawanej przez niego religii”. Migranci to ci, którzy pokonują mur dzielący Północ od Południa. Dziś tę granicę tworzą pustynie, morza, wyzysk – a wizja i nauczanie Karola Wojtyły sprzed ćwierć wieku okazują się prorocze.
Czy dzisiejsza Europa zapomniała Jana Pawła II? Częściowo tak – lub pamięta go fragmentarycznie, jedną część tak, ale drugiej już nie. A przecież był to papież, który poprzez rozległość swego spojrzenia był prawdziwie katolicki, powszechny. Dlatego właśnie w 2011 roku napisałem książkę zatytułowaną „Jan Paweł II. Biografia” – historię człowieka i papieża, który wciąż jeszcze wiele może nas nauczyć. Dziedzictwo, które pozostawił, jest obszerne i złożone: to dziedzictwo mocnej wiary, która nie czuje potrzeby chronienia się za murami przed kontaktem z innymi, reprezentującymi inną wiarę czy inną historię.
Uważam, że gdyby Wojtyła nie został papieżem, dziś mówilibyśmy o nim jako o europejskim Gandhim lub Mandeli naszego kontynentu. Nie czyni się tego, ponieważ został zapamiętany przede wszystkim jako głowa Kościoła katolickiego (może też z powodu powszechnej dziś świeckości myślenia), ale trzeba uznać, że był on wielkim wyzwolicielem spod moralnej i politycznej niewoli murów.
Polska powinna być zawsze dumna z tego, że dała światu tak wielką postać, i nie może zapominać o uniwersalizmie jego przesłania. Z polskiego narodu i z Kościoła popłynęło wielkie przesłanie – jak marzyli o tym polscy poeci – o wyzwoleniu z murów odziedziczonych po historii, zarówno tych, które przyniosła zimna wojna, jak i tych, które wyrosną w przyszłości. Dziedzictwem Wojtyły – oprócz oczywiście mocnej jak granit wiary – jest też pozbawiona przemocy siła sumień narodów, nad którą powinniśmy się zastanowić, ponieważ wskazuje ona na odpowiedzialność, jaką wszyscy ponosimy za obalanie wciąż na nowo wzrastających murów.
Europa, w której żyjemy, zbytnio uległa rezygnacji i strachowi przed przyszłością – przejawia się to w murach i konkretyzuje poprzez nieprzyjmowanie życia lub decyzje o jego niepoczynaniu. Papież Franciszek, w trakcie wizyty w bazylice św. Bartłomieja, powierzonej Wspólnocie Sant’Egidio i będącej (decyzją Jana Pawła II) sanktuarium męczenników XX wieku, mówił rozgoryczony: „Pomyślmy o okrucieństwie, tym okrucieństwie, które dziś wymierzone jest przeciw tak wielu ludziom, o wyzysku tych ludzi… Docierają oni tu na łodziach i przedostają się do wspaniałomyślnych krajów, jak Włochy czy Grecja, które ich przyjmują, lecz traktaty międzynarodowe już ich dalej nie wpuszczają… Gdyby każda włoska gmina przyjęła po dwie osoby, wystarczyłoby miejsca dla wszystkich. Oby tą szlachetnością Południa, Lampedusy, Sycylii, Lesbos zaraziła się też choć trochę Północ. To prawda: nasza cywilizacja nie rodzi dzieci, ale też zamyka drzwi przed migrantami. To się nazywa samobójstwo. Módlmy się!”
Nie wolno nam jednak ulegać pesymizmowi. Musimy żyć nadzieją, którą Jan Paweł II żywił nawet w najtrudniejszych chwilach. Wszak pisał papież-poeta: „Miłość sama równoważy los”. I wzywał: „Promień światła niechaj pada w serca i prześwietla mroki pokoleń. Strumień mocy niech przenika słabości”.
Historia pełna jest niespodzianek – mawiał papież Wojtyła – i dodawał: „Ale wszystko może się zmienić. Zależy to od każdego z nas. Każdy może rozwijać w sobie potencjał wiary, uczciwości, poszanowania innych, ofiarności w służbie bliźnim”. Tak, drodzy przyjaciele, zależy to także od nas, także ode mnie. Dlatego właśnie nie możemy żyć przytłoczeni rezygnacją lub przyjmując postawę obronną. Historia może się odmienić. Doświadczyliśmy już tego i jestem pewien, że jeszcze doświadczymy.
Tłum. Krystyna Mydlarz, Aleksandra Soroka-Kulma
 Andrea Riccardi
Ur. 1950. Włoski historyk, profesor rzymskiego uniwersytetu Roma Tre. W roku 1968 zainicjował Wspólnotę Sant’Egidio – dziś międzynarodowy ruch działający w 75 krajach na czterech kontynentach, w tym także w Polsce. Od wielu lat angażuje się wraz z całą Wspólnotą w działania na rzecz pokoju i dialogu międzyreligijnego, m.in. organizując rokrocznie spotkania modlitewne wyznawców różnych religii „W duchu Asyżu”. W latach 2011-2013 był ministrem integracji i współpracy międzynarodowej w rządzie Mario Montiego. Autor wielu publikacji, m.in. wydanych po polsku: „Stulecie męczenników. Świadkowie wiary XX wieku”; „Jan Paweł II. Biografia”; „Bóg się nie boi. Moc Ewangelii w zmieniającym się świecie”. W maju 2017 r. otrzymał od Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów honorowy tytuł Człowieka Pojednania.